niedziela, 18 października 2015

Chapter XIV


ZAPRASZAM NA CONTRACT

~Alison~

     Trzasnęłam drzwiami siadając na łóżku i z głośnym jękiem opadając na pościel. Torebka, która jeszcze kilka chwil temu wisiała na krześle, przeciążyła przedmiot spadając z głośnym hukiem na podłogę. Zmarszczyłam brwi spoglądając na czarny materiał, ostatecznie wzruszając ramionami. Chwilę później po pomieszczeniu rozniosło się głośne pukanie do drzwi. Warknęłam cicho, wstając i szurając stopami, otworzyłam je, gromiąc spojrzeniem postać stojącą za nimi.
- Louis. Czego chcesz?- mruknęłam zrezygnowana, ponownie opadając na łóżko. Byłam zbyt zmęczona, aby kłócić się z szatynem. Wiedziałam, że Niall nie do końca mi ufał. Wiedział o wszystkich wygranych wyścigach i nagrodach jakie za nie dostawałam - miał prawo sądzić, że lada chwila wsiądę do samochodu i pojadę po kolejną wygraną.
- Niall mnie przysłał - rzucił, kładąc wielkie kartonowe pudełko z pizzą na biurku. Zmrużyłam oczy, uważnie skanując jego sylwetkę. Coś mi nie pasowało. - A jak zjemy, idziemy na basen.
       Prychnęłam głośno, kiwając z powątpiewaniem głową. Nie było nawet mowy o tym, abym gdziekolwiek z nim wyszła lub co gorsza: poszła na basen. Wyciągałam rękę, sięgając po jeden kawałek i zanurzając w nim zęby, niemal od razu krzywiąc się z obrzydzeniem.
- Owoce morza...- jęknęłam, ściągając z pizzy ośmiornicę i oddając ją szatynowi. Chłopak przekrzywił głowę, szczerząc się. Rozejrzałam się po pokoju, a kiedy nie zauważyłam nic szczególnego co mogło rozśmieszyć chłopaka, ponownie na niego spojrzałam. - Co?
- Owoce morza... pamiętasz? Kręgle... rok temu...- szepnął.
     Zamyśliłam się, żując powoli kawałek pizzy, próbując przypomnieć sobie o czym mówił Louis. Kręgle... rok temu? Co robiliśmy rok temu?

''- Państwa pizza- naszą rozmowę przerwała kelnerka, która przyniosła naszą pizzę. Zerknęłam na kobietę, która pożerała Louisa wzrokiem. Uniosłam jedną brew do góry zagryzając wargę, aby nie wybuchnąć śmiechem.
- Dziękujemy- odezwałam się. Kobieta przeniosła na mnie swój wzrok i zwęziła oczy. Mruknęła ciche ''smacznego'' i odeszła.
- Co to było?- zaśmiał się Lou biorąc do ręki jeden kawałek. Wzruszyłam ramionami, robiąc niewinną minę. Spojrzałam na pizzę, niepewnie biorąc do ręki jeden kawałek.
- Nie ma tutaj ośmiornicy?- zapytałam niepewnie odgryzając kawałek.
-Spokojna głowa... na będzie tutaj żadnego ośmionogiego stwora..- zawołał śmiejąc się. Wywróciłam oczami żując ciasto, słuchając opowiadań Lou o przygotowaniach do trasy. Nawet nie miałam pojęcia o nawale pracy przed trasą.
     Zerknęłam na kolejny kawałek pizzy zauważając bladoróżową nogę z czarnymi przyssawkami. skrzywiłam się zdejmując ją i odkładając na talerz. Szatyn spojrzał na mnie zaciekawiony.
- Małże - okej, ale ośmiornica... już nie- powiedziałam. Louis wywrócił oczami mrucząc pod nosem...''

- Ja... pa-pamiętam- zajęczałam szybko mrugając oczami. Nie mogłam zapomnieć tamtego dnia - wtedy właśnie uświadomiłam sobie jak bardzo mi na nim zależy. Cały czas pamiętam jak się przy nim czułam, jak walczyłam ze swoja zazdrością o Eleanor.- Oszukałeś mnie wtedy.- zaśmiałam się.
- Nieprawda!- zawołał, patrząc na mnie z wyrzutem. - Nie zwróciłaś uwagi na pizze, dopóki na nią nie spojrzałaś. W między czasie zdążyłaś zjeść dwa kawałki! Zupełnie tak samo jak na kręglach, nie skupiałaś się za bardzo.
- Bo mnie rozpraszałeś!- broniłam się. Jak mógł tego nie pamiętać?

''-Lou...- zaczęłam- nie wiem czy wiesz, ale ja nigdy nie byłam na kręglach. Nie umiem w to grać...- zerknęłam na sąsiednie tory, gdzie obcy ludzie rzucali ogromnymi kulami i zbijali stojące na samym końcu kręgle.
- Nie ma problemu, nauczę cię- uśmiechnął się do mnie, biorąc do ręki czerwoną kulę.- Najważniejszy jest zamach. Musisz tylko porządnie się zamachnąć i...- powiedział wyrzucając rękę do tyłu i szybko wypuszczając kulę na tor- upuścić ją, a potem obserwować.
     Uważnie śledziłam wzrokiem tor kuli. Łagodnie szła środkiem toru, zbijając tym samym wszystkie kręgle jakie miała na swojej drodze. 
- Twoja kolej- zawołał podając mi kolejną kulę. Wzięłam ją niepewnie do rąk podchodząc do początku naszego toru. Zagryzłam wargę analizując kolejne ruchy. Nagle poczułam ciepłe, silne dłonie na moich biodrach. Zadrżałam zdając sobie sprawę, że był to Louis. Jego dłonie przez kilka sekund gładziły skórę na moich brzuchu, przesuwając się w górę, aż do ramion. Delikatnie chwycił mnie za prawą rękę przekładając do niej kulę i wkładając moje palce w dziurki, abym mogła ją utrzymać.- A teraz... delikatnie odchyl dłoń do tyłu...- mruknął do mojego ucha, nakierowując moją rękę. Czułam jak moje policzki pieką mnie żywym ogniem. Co ten kretyn ze mną wyprawia?- I... teraz upuść- powiedział, kiedy moja ręka ponownie znalazła się nad torem. Wyswobodziłam palce z kuli, obserwując jak uderza w kręgle, zbijając wszystkie poza jedną. - Brawo! Jak na początek idzie ci doskonale!- zaśmiał się kładąc swoją głowę na moim ramieniu. 
     Uśmiechnęłam się pod nosem zerkając na niego. W tej chwili wyglądał jak małe radosne dziecko, które dostało swoją upragnioną zabawkę. Rzadko go takim widziałam, a powinien częściej się uśmiechać... tak podzielam zdanie miliona fanek, które uważają, że uśmiech Lou jest najpiękniejszy na świecie. 
- Przebijesz mnie?- zmrużyłam oczy obserwując szatyna. Przekrzywił głowę zaciekawiony.
- Rzucasz mi wzywanie?- zapytał poruszając znacząco brwiami. Zaśmiałam się, kiwając głową i podając mu do ręki kulę. Chwilę później pokręciłam głową z niedowierzaniem, widząc śmiejącego się Tomlinosna.- wszystkie zbite... pokonasz mnie?- ukłonił się.
     Wzięłam do ręki kulę i tak jak przed chwilą zrobił to Tommo, puściłam ją na tor. Chwilę później dorównałam wynikiem przyjacielowi. Graliśmy na zmianę przez dwie godziny, aż w końcu Lou oddał ostatni rzut i... wygrał.
- Tak! Wygrałem!- krzyknął podbiegając do mnie i chwytając w pasie.- WYGRAŁEM!!!- wykrzyczał okręcając się ze mną do koła. Zaśmiałam się, mocno chwytając go za szyję i oplatając swoimi nogami jego biodra.
- Puść mnie wariacie- zawołałam przez śmiech. Chłopak pokręcił głową uśmiechając się do mnie łobuzersko. O nie.- Ej Lou... proszę cię wypuść mnie- spojrzałam w jego oczy, mając nadzieję, że to podziała. Szatyn pokręcił przecząco głową.- Dobra... co chcesz w zamian?
- No jak to co? Całusa dla zwycięzcy!- uśmiechnął się, stukając palcem wskazującym w środek policzka. Prychnęłam cicho pod nosem przybliżając się do niego i spełniając jego prośbę.''

- Założę się, że nadal nie potrafisz grać w kręgle - zmarszczyłam brwi, rzucając w niego poduszką. Szatyn długo nie był mi dłużny: chwycił poduszkę Mii odwdzięczając się tym samym. Szybko oboje wciągnęliśmy się w zabawę, próbując pokonać drugiego. W końcu, zaplątałam się o kołdrę, upadając na chłopaka i łącząc nasze usta w pocałunku.

*******
Ale sentymentalnie się zrobiło :')
I co... zaskoczeni, hm? Uwaga, sytuacja z Michelem będzie niedługo wyjaśniona xd

15 komentarzy następny odcinek? Dacie radę?
CHAMSKA REKLAMA :D
ZAPRASZAM NA CONTRACT

niedziela, 11 października 2015

Chapter XIII

Sad Song

ZAPRASZAM NA ''CONTRACT'' KLIK

******

~Alison~

     Zwinnym ruchem zmieniłam bieg, nerwowo zaciskając palce na kierownicy. Wcisnęłam gaz, czując, jak pęd auta powoli się zwiększa, wbijając mnie tym samym w siedzenie. Uwielbiałam to uczucie: czułam się wtedy...wolna. Mrugnęłam światłami, ostrzegając pojazd przede mną, natychmiast go wyprzedzając sąsiednim pasem.
    Wystarczyło kilka sekund, aby na kierownicy pojawiła się kolejna dłoń zakrywając moją. Westchnęłam cicho, czując jak przyjemne ciepło rozchodzi się w górę mojego ciała. Mimowolnie uśmiechnęłam się, zerkając w bok na sylwetkę chłopaka.
- Zwolnij Alison.
     Prychnęłam, posłusznie ściągając nogę z gazu tym samym zwalniając. Droga przede mną, była całkowicie pusta, a fakt, że musiałam zmniejszyć prędkość, tylko mnie irytował. Nie odezwałam się jednak, doskonale wiedząc, że szatyn już jest zdenerwowany, a to, że w obecnej chwili siedział obok mnie było czystym zrządzeniem losu.
     Odchyliłam głowę, przełykając ślinę, i zmieniając pas ruchu. Cisza, która wypełniła wnętrze samochodu, nieco zbiła mnie z tropu. Owszem - ani ja ani Louis nie mieliśmy zbytnio tematów do rozmowy, jednak miałam chociaż nadzieję, że szatyn będzie się starał wyjaśnić sytuację między nami. Przecież... wciąż mu zależało...
- Wiesz, że to dla twojego dobra, prawda? - drgnęłam, kiedy niespodziewanie się odezwał. Wyprostowałam plecy, powoli kiwając głową, tępo wpatrując się w przednią szybę - Alison, chcemy cię chronić. A jeżeli zagraża ci niebezpieczeństwo przez sam udział w wyścigach...
     Westchnęłam, tym samym przerywając chłopakowi. Nieznacznie zwiększyłam prędkość, mijając tabliczkę z napisem ''Londyn''. Chciałam jak najszybciej znaleźć się w akademiku, bez morałów odprawianych przez Tomlinsona.
- A gdybym kazała ci przestać występować na scenie, zrobiłbyś to?- mruknęłam, skręcając gwałtownie w wąską uliczkę. - Gdyby ktoś powiedział, że możesz zginąć na następnym koncercie - wyszedłbyś i zaśpiewałbyś?
     Louis spojrzał na mnie zagubiony, nie wiedząc co powiedzieć. Prawda była taka, że dla mnie wyścigi były tak samo ważne jak dla niego śpiewanie na scenie. Zbyt długo znałam Lou i doskonale wiedziałam jaka będzie jego odpowiedź. Tak jak alkoholik, nigdy nie zrezygnuje z alkoholu - tak on nie zrezygnuje z występów przed publicznością. To działa jak narkotyk, na początku jest miło, a potem staje się to uzależnieniem. Z dnia na dzień chcesz więcej, czekasz z niecierpliwością, a kiedy w końcu nadchodzi czas, aby spełnić kolejny raz swoje oczekiwania - upijasz się szczęściem i zaczynasz na nowo. Tak działa spełnianie własnych marzeń: dążeniem do nich każdego dnia.
- Nie. Nie zrezygnowałbym.
     Skinęłam głową, skręcając na parking i zatrzymując auto. Klucze ciążyły mi na dłoni, jednak po chwili znalazły się na kolanach chłopaka, który szybko schował je do kieszeni. Wiedział jak ciężkie to dla mnie było. Dobrowolnie oddanie samochodu nigdy nie należało do przyjemnych.
     Trzasnęłam drzwiami, obchodząc auto i szczelnie okrywając się kurtką. Jesień w tym roku była przeraźliwie zimna; czasami żałowałam, że nie wybrałam studiów w Kalifornii, tam przynajmniej było cały czas ciepło.
- Nie miej nam tego za złe - usłyszałam, kiedy zbliżałam się do akademika. - Chcemy twojego dobra.
Na to już za późno, Louis.

~*~

     Głośną muzykę, mogłam usłyszeć już kilka metrów od bractwa, a pijani ludzie powoli wylewali się z domu na ulicę, śpiewając głośno radosne piosenki. Wywróciłam oczami, przedzierając się przez tłum, wzrokiem szukając Michaela i jego kumpli. Już po chwili zauważyłam chłopaka siedzącego w kącie z piwem w ręku i białym woreczkiem w drugiej ręce.
- Alison! - krzyknął chłopak, machając do mnie i wylewając pół butelki piwa. Zmarszczył brwi, odkładając przedmiot, podbiegając do mnie - Jak dobrze, że już jesteś! Masz ochotę na impreeezę?- przeciągnął machając woreczkiem. Skinęłam głową, nie zwracając uwagi na karcące spojrzenie Calum'a. To był mój główny powód przyjścia tutaj - musiałam odreagować. - A gdzie twoja przyjaciółka... Mi...Mi...Mia?
- Jutro ma egzaminy - wzruszyłam ramionami, biorąc od Ashton'a butelkę alkoholu. Smak goryczy przyprawił mnie o wymioty, jednak przełknęłam napój, czekając aż zacznie działać. Rozejrzałam się po pokoju widząc pełno znajomych twarzy, jednych mniej drugich bardziej schlanych. Angielskie imprezy były owiane legendą; to co działo się na kampusie, zostawało na kampusie.
     Impreza rozkręcała się na dobre, kiedy tłum zaczął przenosić się do jednego z pokoju na piętrze. Niezdarnie podniosłam się z kolan Mike'a kierując się razem z nim na piętro. Wypity alkohol z domieszką narkotyków, robił swoje - mogłam w pełni powiedzieć, że jestem w stu procentach wyluzowana.
- Shoty na ciele!
     W oczach Clifforda zauważyłam podekscytowanie, kiedy przepchnęliśmy się na sam początek grupy. Na ziemi, leżały dwie dziewczyny bez koszulek, z limonką w ustach, a dwóch chłopaków znaczyło ścieżkę na ich brzuchu solą. Czerwonowłosy spojrzał na mnie z błyskiem, niemo pytając mnie o zgodę. Zaśmiałam się, zrzucając  siebie bluzkę i kładąc się obok nieznanych mi dziewczyn. Chwilę później drgnęłam, kiedy zimny napój został nalany na mój pępek. Przygryzłam limonkę, rzucając wyzywające spojrzenie Mike'owi, a chłopak uśmiechnął się, zwisając nade mną i całując mój nos.
- Kto pierwszy, wygrywa!- krzyknęła jakaś dziewczyna. - Gotowi, start!
     Chłopak pochylił się, zlizując sól z mojego brzucha, łaskocząc mnie językiem. Zaśmiałam się, kiedy wyssał alkohol z mojego pępka i na samym końcu złączył nasze usta, gryząc limonkę. Zamruczałam zadowolona, kiedy mocniej do mnie przywarł, a tłum wokół nas zaczął wiwatować.
- Wygraliśmy... - szepnął, pomagając mi się podnieść. Mrugnęłam oczami, kładąc głowę na jego ramieniu, czując jak lada chwila odlecę. - Chodźmy stąd księżniczko...- zaśmiał się.
     Powoli wyszliśmy z pomieszczenia, kierując się do pokoju chłopaka, który starannie został zamknięty na klucz. Oparłam się plecami o pierś chłopaka, czując jego rosnącą erekcję na dole moich pleców. Zmrużyłam oczy, wiercąc się, przez co chłopak zamarł, gwałtownie wciągając powietrze. Chwyciłam rękę Mike'a wciągając go do pokoju i głośno trzaskając drzwiami. Nikt nie miał prawa nam teraz przeszkodzić.

*******
Jestem, żyję, nigdzie się nie ruszam.
Przepraszam, że nie było tydzień temu odcinka, jednak 3 klasa LO nie jest tak fajna... -.- Musiałam siedzieć i się uczyć na ten tydzień. 
Jak mijaWam dzień? I jak w szkole? Ktoś jeszcze pisze ze mną maturę? Powiem tylko, że wybrałam cztery przedmioty rozszerzone... chyba mnie popieprzyło.
W środę mam wewnętrzny na prawko :) Marnie to czuję, jeszcze nie zdałam ani jednego testu....
A tak apropo... Louis czy Michael?

ZAPRASZAM NA ''CONTRACT'' KLIK

10 komentarzy - next!

niedziela, 27 września 2015

Chapter XII


**********

Alison P.O.V.

     Kilka dni po kłótni z Louisem, mogłam nareszcie wyjść ze szpitala. Od tamtego czasu chłopak nie raczył się pokazać nawet na minutę. Czy byłam zła? Nie, zawiedziona... już prędzej. Rozumiałam, że martwił się, ba! Bał się, że coś mi się stanie, jednak decyzja jaką podjął razem z Niallem, przekraczała ich granice. Nie mogli mi zabronić brania udziału w wyścigach - w końcu to ja o tym decydowałam.
      Przeczesałam ręką włosy, wstając z łóżka i pakując ostatnie rzeczy do czarnej torby, którą dostarczył mi Zayn. Zasunęłam zamek, podnosząc wzrok i wbijając spojrzenie w postać Liama. Chłopak odwrócił się od okna, i bez słowa chwycił rączki torby, unosząc ją.
     Kilka minut później staliśmy przy wyjściu z budynku, czekając na ochroniarzy, dzięki czemu mogliśmy bezpiecznie przejść przez dziedziniec. Informacja o moim wypadku bardzo szybko rozeszła się wśród mediów, a ja sama stałam się głównym celem tysięcy dziennikarzy, którzy wręcz zabijali się o jedno zdjęcie. Mimo, że upłynął już rok od kiedy ludzie na całym świecie dowiedzieli się o mnie - w dalszym ciągu nie byłam do tego przyzwyczajona.
        - Możemy iść. - podniosłam głowę, zerkając na obcego mężczyznę idąc powoli za Liamem. Payne szedł pierwszy, skupiając na sobie większą uwagę mediów za co w duchu mu dziękowałam. Nie byłam gotowa na bezpośrednią konfrontację z ludźmi. W końcu bezpiecznie dotarliśmy do czarnego auta, a ja zostałam wepchnięta do środka. - Ruszamy!
     Auto z piskiem opon ruszyło z parkingu, zostawiając za sobą migoczące aparaty. Odetchnęłam z ulgą, wygodniej opierając się na siedzeniu. Nie miałam pojęcia gdzie jedziemy, ale na pewno nie była to droga do mojego akademika.
     Dźwięk przychodzącej wiadomości, wybudził mnie z lekkiego snu. Niezadowolona wyciągnęłam z kieszeni telefon, przecierając zaspane oczy. Mrugnęłam, odganiając mgłę i skupiając się na komórce.
''Wszystko z nią okej. Dziewczynka jest bardzo spokojna, jeszcze nie mówi, dopiero nauczyła się siadać.''
     Ścisnęłam gwałtowniej telefon, kiedy na ekranie pojawiła się twarzyczka małej. Zamknęłam oczy, czując że lada chwila mogą polecieć z nich łzy. To była ostatnia rzecz jaką chciałam w tej chwili.
     Świadomość, że nic jej nie jest zdjęła niewidzialny ciężar z mojego serca. Mogłam wreszcie odetchnąć z ulgą i spokojnie iść spać. Nareszcie.
        - Alison? - drgnęłam przestraszona. Całkowicie zapomniałam, że obok mnie jest Liam, który dokładnie widzi to co robię. Cholera - Wszystko okej?
        - Tak, tak, nie martw się. - rzuciłam blokując telefon i ponownie go chowając. - Gdzie jedziemy? - zapytałam chcąc jak najszybciej zmienić temat.
        - Do Nialla. Chce z tobą porozmawiać.
     Skinęłam głową, odwracając się twarzą do okna. Miałam cichą nadzieję, że szatyn nie będzie ciągnął tej rozmowy. To nie był odpowiedni czas.
     Koła samochodu zatrzymały się przed imponująco wielkim domem. Rozejrzałam się dookoła, uważnie lustrując wzrokiem przestrzeń wokół willi. Zwyczajny ogród z chodnikiem... i fontanną. Z niedowierzaniem pokręciłam głową cicho się śmiejąc. Niall i fontanna w ogrodzie... to tak bardzo do niego nie pasowało.
     Liam bez pukania wszedł do domu, zostawiając drzwi otwarte. Wsunęłam się do środka kierując się za podniesionymi głosami. Podejrzewałam, że całe towarzystwo przebywało w salonie.
- ...komentarza. Nie wiemy jakie obrażenia odniosła sama Alison - nikt nie poinformował nas o jej stanie zdrowia. Wiemy jednak, że dziewczyna opuściła dzisiaj szpital razem z Liamem Payne. - na ekranie telewizora pokazano nasze wyjście z budynku. Zmrużyłam oczy, widząc ile ludzi tam było. Kiedy szłam środkiem, nie zdawałam sobie z tego sprawy. - Śledczy nie złapali winnego wypadku dziewczyny. Będziemy państwa informować o tej sprawie na bieżąco.
     Cisza jaka zaległa po oświadczeniu, nieco wytrąciła mnie z równowagi. Oderwałam wzrok od telewizora patrząc na chłopaków. Nie trudno było zauważyć, że byli zdenerwowani.
        - Ali! - Niall poderwał się z fotela podbiegając do mnie i zamykając w mocnym uścisku. Jęknęłam cicho, czując jak jego ramiona zaczynają mnie powoli miażdżyć. Czy on przypakował ostatnio? - Jak się czujesz? Wszystko gra?
     Skinęłam głową odwracając się twarzą do salonu. Mój wzrok skrzyżował się z Lou, który jak najszybciej wyszedł z pokoju. Zaraz za nim podążył Zayn, wkładając ręce do spodni i coś z nich wyciągając. Przygryzłam wargę, czując jak oblewa mnie poczucie winy. Tomlinson nadal był zły z powodu naszej kłótni.
        - Musimy pogadać - głos blondyna był stanowczy. Westchnęłam zrezygnowana siadając na najbliższym krześle, doskonale wiedząc jak temat zaraz zostanie poruszony. Przgryzłam wnętrze policzka, w myślach odliczając do dziesięciu. - Kończysz z wyścigami. Bez dyskusji.
     Znudzona wywróciłam oczami, czując jak na usta wpływa mi bezczelny uśmieszek. Wracamy do tego samego co było rok temu: w Irlandii Niall też próbował wpłynąć na moją decyzję.
        - Jasne... - prychnęłam, odrzucając włosy na plecy. Powinnam je ściąć - To samo mówił Louis więc powtórzę to co jemu: nie mam zamiaru.
     Harry przeklął głośno, podnosząc się z kanapy i wybiegając z salonu. Nikt za bardzo nie zwrócił na niego uwagi, dlatego, kiedy po domu rozniósł się głośny trzask drzwi - drgnęłam. Horan uniósł brew, nie spuszczając ze mnie wzroku. Zmarszczyłam brwi, nerwowo pocierając ręce. oś mi tutaj nie grało...
        - Dobrze. - rzucił wstając. spojrzałam na niego ze zdziwieniem. Nie sadziłam, że tak łatwo się podda. - Ale... zaraz zadzwonię na policję - mówiąc to, wskazał na trzymany telefon z wybranym już numerem.- I powiem kim naprawdę jesteś. Słyszałem, że policja szuka cię na każdym kontynencie...Więc jak?
     Kutas.

*******
Witam wszystkich :)
Odcinek nudny, nic się w nim nie dzieje - jednak od kolejnego będzie już inaczej :D
To co? Pomysły kim jest tajemnicza dziewczynka?
Zostało tylko 8 odcinków... :(
Niesprawdzony!

5 komentarzy - next! 

niedziela, 20 września 2015

Chapter XI


****

~Louis~

         - Nie obchodzi mnie to, Alison. Masz to skończyć!- rzuciłem trzaskając drzwiami i wychodząc na szpitalny korytarz. Chwilę później moja pięść zderzyła się ze ścianą znajdującą się naprzeciwko, a z moich ust uleciało kilka przekleństw. Oparłem czoło o zimną powierzchnię, mając nadzieje, że uda mi się w pewien sposób ochłonąć.
     Alison odzyskała przytomność dwa dni temu, a ja od tamtego czasu starałem się przemówić jej do rozsądku. Kredowobiała twarz Nialla, kiedy zobaczył ciało Al na noszach, śni mi się co noc. Ja sam byłem przerażony tym co stało się zaledwie kilka dni temu, a co dopiero Horan. Obiecał rodzicom, że będzie miał pod opieką dziewczynę, a póki co znajdujemy się w szpitalu.
     Ścisnąłem nasadę nosa wydychając tlen i kierując się w stronę wyjścia. Czułem, że musiałem opuścić placówkę, aby niczego nie rozwalić. Alison potrafi być irytująca - nawet, kiedy leży przykuta i unieruchomiona. Minimalnie skinąłem głową pielęgniarce w dyżurce, przyspieszając kroku. Powoli liczyłem wdechy, chcąc się na czymś skupić.
     Kiedy drzwi windy rozsunęły się z cichym - irytującym - dźwiękiem, wybiegłem z nich, schylając głowę jak najbardziej. Flesze aparatów i odgłosy krzyków uniemożliwiały mi swobodne przejście, mimo to nadal parłem w zaparte. Po poniżająco długim czasie - i kilkaset zrobionych zdjęciach - siedziałem w swoim samochodzie, starając się nie rozjechać żadnego z dziennikarzyny. Dopiero na głównej drodze odetchnąłem z ulgą.
     Media dowiedziały się o wypadku Alison - a jakże. Na szczęście, lub nie, znali tylko część historii. Fragment opowiadający o wyścigach został solidnie zatuszowany. Przez kogo? Podejrzewam Ricka. Cel został osiągnięty, a Ali w żaden sposób nie miała być związana z rzeczywistą sprawą. Nie miałem pojęcia jak to osiągnęli - w sumie wolałem tego nawet nie wiedzieć.
     Nie spuszczając wzroku z drogi, odblokowałem telefon, wybierając numer, który zdecydowanie zbyt często pojawiał się w moich kontaktach, ostatnimi czasy. Zawahałem się przez chwilę, w końcu przykładając urządzenie do ucha.
        - Tak? - drgnąłem. Nie spodziewałem się, że odbierze tak szybko.- Za ile?
        - Pięć minut...- mruknąłem nie dziwiąc się pytaniem przyjaciela. Znał mnie tyle lat i doskonale wiedział co potrzebuje w danej chwili.
        - Dobra. Czekam - zawołał rozłączając się.
     To co robiłem nie było dobre. Gdyby management dowiedział się o tym, byłbym skończony, jednak wizja wyrzucenia z zespołu nie była na tyle realna abym zmienił swoje zdanie. Potrzebowałem odskoczni. Czegoś, dzięki czemu mogłem na nowo myśleć, uspokoić się. A jeżeli nie było innego sposobu... to nie była moja wina.
     Skręciłem kierownicą, wjeżdżając na podjazd domu Malika. Nie musiałem się wysilać - chłopak jakby wyczuł, że już jestem i otworzył bramę. Albo zobaczył przez kamerkę. Zignorowałem uczucie winy, które odezwało się z chwilą, kiedy wysiadłem z auta. Nie mogłem cały czas myśleć o Alison - nie ważne było to co ona chce. W tej chwili liczyłem się tylko JA.
        -Tommo! - wywróciłem oczami, podchodząc do kumpla i przybijając z nim piątkę. - Dobrze, że jesteś, już wszystko przygotowane.
     Wszedłem do środka, zrzucając buty przy progu i od razu kierując się w stronę salonu. Kącki moich ust uniosły się kiedy zauważyłem przygotowane już skręty, leżące na stole. Zabawę czas zacząć.

~*~

         - I jak z nią?
     Przechyliłem głowę, wpatrując się w biały sufit, próbując zebrać myśli. Dopiero po dłuższej chwili byłem wstanie coś powiedzieć.
        - A jak ma być? Leży w szpitalu i myśli, że wszyscy robią jej na złość.- zaśmiałem się, zaciągając się kolejnym skrętem. Zayn pokiwał głową, przykładając do ust szklaneczkę z alkoholem i upijając sporą część - Nie wytłumaczysz jej, że chcesz dla niej dobrze. Nie widzi żadnego jebanego zagrożenia, a przecież niedawno prawie się przekręciła! - wykrzyknąłem zdenerwowany. Chciałem dać do zrozumienia Alison, że to co robi jest złe, jednak nic nie mogło do niej dotrzeć. Nawet nie przejęła się swoim wypadkiem!
        - Jest jeszcze szczeniakiem...- mruknął opierając się o fotel - Nie wie co się stanie, kiedy się rozjedzie. Ma w dupie to, że ktoś się o nią martwi. Taka prawda.
     W milczeniu pokiwałem głową zaciągając się. Narkotyk już dawno przejął nade mną kontrolę, a głowa robiła się coraz ''lżejsza''. Nie liczyło się dla mnie nic oprócz uczucia spokoju, które – chcąc, nie chcąc - osiągnąłem zupełnie inaczej, niż mogłem to zrobić jeszcze rok temu.
        - Stary... powiedz mi jedno - pochyliłem się opierając łokcie o kolana. Mętnym wzrokiem spojrzałem na ledwo siedzącego przyjaciela - Dlaczego tak bardzo mi na niej zależy? Przecież dała mi jasno do zrozumienia, że ma mnie w dupie. Czemu tak mnie do niej ciągnie? - nie musiałem się tłumaczyć. Zayn doskonale wiedział o kogo mi chodziło.
     Powoli wypuścił dym ze skręta i gasząc go na własnej skórze. Następnie podniósł się, wyciągając ze spodni biały woreczek i rzucając go na sam środek stolika. Czułem rosnące podekscytowanie, nie mogłem oderwać oczu od proszku. Ręka Mulata, wysypała jego zawartość, aby po kilku sekundach oddzielić dziesięć równych, podłużnych kresek. Bez słowa zsunąłem się z fotela, kucając obok sylwetki, pochylającego się chłopaka. Długo nie musiałem czekać - kiedy tylko się odsunął, chwyciłem zwinięty w rulon banknot, wciągając biały proszek.
     Przymknąłem z ekscytacji oczy, a kiedy ponownie je uchyliłem zobaczyłem roześmianego Zayna. Jego źrenice były nienaturalnie rozszerzone.  Podświadomie wiedziałem, że wyglądam tak samo: jak naćpany.
     Malik przybliżył się do mnie, wieszając na moim ramieniu. Nieprzygotowany na taki ciężar, obaj upadliśmy na podłogę, śmiejąc się. Oparłem głowę na piersi przyjaciela, wzdychając głęboko. Czułem się... wolny. Nareszcie wolny.
        - Kochasz ją. - mruknął do mojego ucha. Zamrugałem zdezorientowany, nie rozumiejąc o co mu chodziło. Kogo ja kochałem? - Kochasz Alison, głupku. Nadal ją kochasz.
Alison...


*******
Tabum tsss! Zayn nareszcie jest w opowiadaniu, kto zanim tęsknił? :') 
Odcinek XI dodany jest na nowo i w lepszym stanie :D 
Jak mija wam rok szkolny? Bo ja nie mam gdzie ręce włożyć - tyle roboty. 
Zapraszam na dwa pozostałe blogi: wczoraj dodane zostały nowe odcinki!
Smaczego!
+ MAM NARESZCIE LAPTOP! KONIEC Z PISANIEM NA TABLECIE!
Nawet nie macie pojęcia jak szybko się pisze na laptopie... Na tablecie miałabym dopiero połowę :P

wtorek, 25 sierpnia 2015

Chaotyczne wyjaśnienie.

Napisałam wczoraj na twitterze, że dzisiaj wyjśnie Wam powód mojej długiej nieobecności. Nie chcę Waszej litości, współczucia, tylko zrozumienia.
Jak pewnie zauważyliście, ostatnie odcinki nie były najwyższej wagi, krótkie i beznadziejne. Dlaczego? Ostatnimi czasy nie czułam się dobrze, dodatkowo jak wiecie miałam egzamin poprawkowy z matematyki. Trochę się zmieniło w moim życiu. Na gorsze.
Matematyki nie zdałam, zabrakło mi 0.5pkt. o ironio. Przez ostatnie tygodnie skupiałam się jedynie na szkole, z marnym skutkiem jak widać. Niestety po drodze wpadły mi problemy, z których do tej pory nie wyszłam.
Wiem, że mam depresję, kilka razy również się ciełam, aby poczuć się lepiej. Do tej pory prowadzenie bloga było moją ucieczką od problemów, jednak kilka tygodni temu zauważyłam, że to mi już nie pomaga. Musiałam się odetnąć od wszystkiego, uspokoić się. W tej chwili na nowo mogę stwierdzić, że blog w pewien sposób mi pomaga.
Taaaaaa jak bardzo załośnie to brzmi? Mniejsza. Chcę powiedzieć że od weekendu odcinki na nowo się pojawią. Postaram się aby moje problemy osobiste nie mieszały się już z prowadzeniem bloga.
Przepraszam.

sobota, 1 sierpnia 2015

Chapter X

******

~Niall~

     Tłum skąpo ubranych dziewczyn zwiększał się z minuty na minutę, tworząc powoli coraz większe zbiorowisko. Zerknąłem na skrzywionego Louisa, cicho śmiejąc się z jego miny, kiedy otarła się o niego nieznajoma brunetka z niemało odsłoniętym ciałem. Nigdy nie rozumiałem, jak dziewczyny mogły ubierać się tak skąpo - w głębi ducha dziękowałem Bogu, za to, że Alison ubierała się w miarę przyzwoicie. Rozejrzałem się dookoła, chcąc wyłapać w tłumie moją siostrę i ostatni raz z nią porozmawiać. Nie liczyłem się wprawdzie z tym, że blondynka mnie posłucha i wycofa się z wyścigu - chciałem się tylko upewnić, że wie na co się pisze. Nasza poranna rozmowa nie odbyła się do końca tak jak tego oczekiwałem. Zamiast spokojnej rozmowy, skończyło się na krzykach i trzaśnięciu drzwiami.
     Przeczesałem zrezygnowany włosy, opadając na maskę auta przyjaciela. Louis jako jedyny miał auto, dzięki któremu mogliśmy wtopić się w tłum. Lamborghini Aventador Cabrio idealnie wpasował się i nie zwracał na nas zbytniej uwagi. Nie chcieliśmy, aby ktokolwiek dowiedział się o naszym pobycie tutaj. Wprawdzie dzisiejsze wyścigi były nielegalne.
     Tłum przerzedził się, a przez środek powoli jechało czarne Bugatti. Westchnąłem obserwując go do momentu, kiedy ustawił się na linii startu, obok trzech innych samochodów. W jednym z nich znajdowała się Alison, i mimo mojej szczerej niechęci do wyścigów, nerwowo zacisnąłem kciuki. Chciałem, aby wygrała. Chyba.
- Niall... - odwróciłem się do chłopaka stojącego za mną. Przekrzywiłem głowę widząc jego znajomą twarz, starając przypomnieć sobie moment, kiedy go spotkałem. Po chwili rozpoznałem jednego z przyjaciół Alison, Ricka o ile się nie myliłem. Zmarszczyłem brwi, widząc jego zaskoczoną minę. - Co wy tu robicie?- zapytał znacząco patrząc na naszą dwójkę. Nie trudno było się domyślić, że żaden z nas nie chciał być w tym miejscu. Oprócz sportowego auta, niczym nie wyróżnialiśmy się z tłumu.
- Chciałem pogadać z Alison, ale... nie zdążyłem.- rzuciłem, kątem oka obserwując rozpoczęcie wyścigu. - Czy ona...
- Czarne Bugatti. - przerwał wywracając oczami - Oficjalnie ubóstwia tą markę.- zaśmiał się. Kiwnął głową w stronę wyjścia z tłumu, a po chwili stanęliśmy na - jak sądziłem - stanowisku pomocniczym Alison, gdzie bez problemu mogli ją obserwować. Skrzywiłem się widząc ją na jednym z ekranów laptopa. Skupiona na swoim zadaniu, raz po raz rzucała przekleństwami, kiedy coś nie szło po jej myśli. Rick schylił się, klikając jeden z przycisków na klawiaturze, aż na ekranie zobaczyliśmy trasę wyścigu zaznaczoną na zielono. 10 kilometrów - Ja pierdole, czemu tylko 10?
     Najwyraźniej wyznaczona trasa była krótsza niż przewidywano na początku. Czy była to zaleta czy wada... nie miałem pojęcia. Spojrzałem na ekran komputera, jednak kiedy nic z tego nie zrozumiałem, opadłem na najbliższe krzesło, niemo każąc Louisowi zrobić to samo.
     Od rozmowy z Alison nie odezwał się słowem. Milczał, od czasu do czasu krzywiąc się nieznacznie i zaciskając pięści. Zżerały go wyrzuty sumienia i widziałem po nim, że podświadomie przyznał Alison rację. Zawalił, jednak czułem w kościach, że to nie była jego wina. Nigdy nie miałem dobrych stosunków z Tomlisnonem, dlatego nie oczekiwałem, że nagle zacznie się zwierzać ze wszystkich swoich problemów. Tak naprawdę, jeżeli siłą nie wyciągnięto z niego o co chodzi - nie mówił nikomu i zadręczał się, aż problem się nie rozwiązał.
     Nigdy nie sądziłem, że uczucie tej dwójki było czymś mocnym. Bardziej liczyłem na to, że szybko im to minie, a ja nie będę musiał obserwować rozwijającego związku mojego przyjaciela ze swoją własną siostrą. Jednak po dzisiejszej, porannej kłótni zauważyłem, że mimo upływu czasu oboje nadal darzyli się tym samym uczuciem co wcześniej.
     Oparłem głowę na ręce tępo wpatrując się w pustą przestrzeń przede mną. Nie zwracałem uwagi na biegających obok mnie ludzi; chciałem tylko usłyszeć, że Alison jest już na mecie - cała i zdrowa, a ja mogłem ją  nareszcie objąć.
- Hej, Rick...- mruknąłem nagle przypominając sobie o jednej rzeczy, którą chciałem zrobić już dawno temu. Chłopak oderwał się od monitora spoglądając na mnie i uciszając ręką jednego ze swoich kolegów.. - Nigdy wam nie podziękowałem... - chrząknąłem, spuszczając wzrok - Za to, że pomogliście Alison, kiedy... mnie nie było.- dokończyłem cicho.
     Szatyn pokiwał głową, lekko się uśmiechając. Nie musiał pytać o co dokładnie mi chodziło. Gdyby nie on i jego przyjaciele, Alison nadal byłaby gnębiona w szkole. Chociaż trudno było mi to przyznać, nie zachowywałem się w tamtym czasie jak na prawdziwego, a przede wszystkim starszego brata przystało. Zawiodłem na całej linii.
- Nie ma sprawy.- machnął ręką, chwilę zastanawiając się nad czymś - Nie chciała cię martwić. Wiele razy mówiłem jej, aby zadzwoniła do ciebie i powiedziała co się dzieje, ale wykręcała się, że masz własne życie.
     Pokiwałem głową, głęboko oddychając. Czułem jakby z mojego serca spadł niewyobrażalny ciężar. To dziwne, że człowiek bierze na siebie winę za coś, czego nie zrobił.
     Nagłe poruszenie przy stanowisku, skupiło moją uwagę. Uważnie wpatrywałem się w przyjaciela Ali, który nieudolnie próbował coś wpisać na klawiaturze. Zielony ekran zamigotał, a po chwili zgasł, pozostawiając za sobą tylko czarną pustkę. Co się dzieje?
- Zack, coś jest nie tak! Nie mogę hamować, auto przyspiesza, a kierownica się zablokowała! - spanikowany krzyk Alison rozniósł się echem po mojej głowie. Gwałtownie podniosłem się na nogi, chcąc coś zrobić, jednak obawiałem się, że tylko pogorszyłbym sprawę. Wymieniony chłopak coś wołał do mikrofonu, zaś Rick tępo wpatrywał się jedyny działający jeszcze komputer. Niepewnie spojrzałem tam gdzie on, widząc tylko pustą drogę i przerwaną barierkę ochronną. Nic nie rozumiejąc spojrzałem na Zacka, czekając na jego wyjaśnienia.
- Straciliśmy kontakt z Alison - powiedział, a ja poczułem jakby ktoś właśnie zrzucił na mnie górę kamieni.
ALISON!!!


*****
Dzisiaj krótko. 
Ogłaszam wszem i wobec: jesteśmy w połowie Alison. Zostało jeszcze 10 odcinków i epilog.
Akcja z pomocą charytatywną jest nieaktualna. Skoro macie sprawiać problemy i zarzucać mi kłamstwa i oszustwa - dziękuję bardzo. To tyle.

15 = next!